Wyszłam ze szpitala w czwartek. Bogdan przyjechał mnie odebrać. Był uprzejmy. Niósł torbę, otwierał drzwi, kupił po drodze bułki i wędlinę. W mieszkaniu panował porządek - to muszę mu oddać. Kwiaty podlane, podłoga czysta, nawet firanki wyprane.
Siadłam przy kuchennym stole i poprosiłam o wyciąg z konta.
"Mamo, po co ci to?" - Bogdan stał przy oknie, ramiona skrzyżowane na piersi.
"Bo chcę wiedzieć, na co poszły moje pieniądze."
"Powiedziałem ci. Bieżące wydatki."
"Pokaż mi paragony."
Nie miał paragonów. Nie miał wyjaśnień. Miał za to pretensje - że mu nie ufam, że jest jedynym synem i powinnam doceniać, że się mną zajął, że inni w jego wieku w ogóle by się nie fatygowali.
W banku dowiedziałam się reszty. Trzy przelewy na konto, które nie było moje ani Bogdana. Łącznie - cztery tysiące dwieście złotych. Reszta to rzeczywiście rachunki i drobne zakupy. Te trzy przelewy miały w tytule: "zwrot", "za grudzień", "wyrównanie".
Bogdan miał długi. Nie wiem dokładnie jakie - nie chciał powiedzieć. Może pożyczka, może zakłady, może coś, czego nawet nie umiem sobie wyobrazić. Synowa, kiedy w końcu zadzwoniłam do niej bezpośrednio, milczała długo, a potem powiedziała cicho: "Proszę pani, ja też się dopiero niedawno dowiedziałam."
Cofnęłam pełnomocnictwo. To była najłatwiejsza część.
Trudniejsze było to, co przyszło potem. Bo Bogdan nie przeprosił. Nie zadzwonił. Przez dwa tygodnie cisza. A potem wiadomość na telefon: "Mamo, chcę się jakoś dogadać, ale nie będę na kolanach przepraszał, bo nie zrobiłem nic złego. Potrzebowałem tych pieniędzy."
Potrzebował. Moich pieniędzy. Odłożonych z emerytury i pracy w szkółce, gdzie od marca do października klękałam przy rabatach, aż kolana mówiły dość.
Siedziałam na balkonie, patrzyłam na lipy za blokiem. Zaczynały się zielenić. Na parapecie stały pelargonie, które Bogdan podlał, kiedy mnie nie było. I przez chwilę pomyślałam, że może gdybym nie sprawdziła tego salda, byłoby łatwiej. Że niewiedza jest wygodniejsza niż prawda, która zmienia kształt własnego dziecka.
Ale wiem, że to nieprawda. Wiem, że musiałam się dowiedzieć. Bo pieniądze to pieniądze - ale to, co tak naprawdę straciłam, było dużo droższe niż pięć tysięcy. I tego żaden przelew nie zwróci.
Nie zamknęłam mu drzwi. Ale od tamtego dnia zamykam na klucz szufladę z dokumentami. I to mówi o nas więcej niż jakakolwiek rozmowa.