To ja słuchałam. To ja rozumiałam. To ja czekałam.
I mimo tego nigdy nie byłam wybrana.
Były momenty, kiedy myślałam, że w końcu od niego odejdę. Raz powiedział, że rozmawiał już z adwokatem. Ja znowu mówiłam, że nie jestem szczęśliwa. Znowu szukałam mieszkania. Znowu miałam nadzieję. I znowu ryzykowałam wszystko.
Ale zawsze coś się działo praca, rodzina, pieniądze, to nie jest odpowiedni moment.
I zostawałam. Zamrożona w historii, która stoi w miejscu.
A mój świat płynął dalej.
Moje koleżanki wychodzą za mąż. Przeprowadzają się. Mają plany. A ja kłamałam. Mówiłam, że jestem sama. Albo że jestem w czymś bez nazwy. Nie umiałam powiedzieć prawdy wiedziałam, jak to brzmi. Wiedziałam, co powiedzą. A mimo wszystko zostawałam. Nie dlatego, że jestem naiwna. Może dlatego, że go kocham. A może tylko tak mi się wydaje. Sama już nie wiem.
Najbardziej bolało nie to, że nie zostawił żony.
Najbardziej bolało to, że nigdy mnie nie bronił.
Jeśli ona coś podejrzewała on od razu się wycofywał. Jeśli mieli napiętą sytuację w domu ja znikałam. Jeśli musiał wybierać spojrzeć na mnie czy dobrze wypaść przed nią ona zawsze wygrywała.
Nie byłam wyborem. Byłam opcją zapasową. Kimś, kto może czekać.
Wciąż z nim jestem. Ale już nie ta sama. Chcę go, ale jestem zmęczona.
Zmęczona rozumieniem. Zmęczona czekaniem. Zmęczona zadowalaniem się ochłapami czasu i miłości.
Potrzebuję rady, by wreszcie podjąć ostateczną decyzję.
Czy ktoś jeszcze miał podobnie? Co powiedziałbyś takiej kobiecie, gdyby siedziała teraz przed Tobą?