— Wiem. Chodzi o to, że wziąłem bez pytania. Śmiałem się z twoich oszczędności, a potem je wykorzystałem. — Milczał. — To wszystko było niewłaściwe. Byłem w błędzie.
Znów cisza. Długa, tak długa, że kilka razy żałował, że nie powiedział czegoś innego.
— Przyjedź — w końcu powiedziała.
Wracał do domu o wpół do ósmej. Olga stała przy kuchence, tyłem do drzwi. Gdy wszedł, nie odwróciła się, tylko lekko poruszyła ramieniem.
Położył na stole kopertę z pieniędzmi. Wszystkie. Co do grosza, jak mówił. Spojrzała na kopertę, potem na niego.
— Usiądź — powiedziała. — Zupa stygnie.
Usiadł. Postawiła przed nim talerz. Jego ulubiony — niebieski, z białą obwódką. Nie sądził, że pamięta, a jednak — pamiętała.
Jedli w milczeniu. Potem sprzątnęła stół, a on umył naczynia — sam, bez prośby. Ona siedziała przy stole z telefonem.
— Znalazłam wkład z półtora procent większym oprocentowaniem — powiedziała.
— Naprawdę? — zapytał.
— Naprawdę. — Krótka pauza. — Przeleję.
— Przelewaj — powiedział.
Podniosła wzrok — badający, poważny. Potem kiwnęła głową — ledwie zauważalnie, ale on zobaczył.
— Dziękuję, że oddałeś — powiedziała cicho.
— Nie masz za co dziękować — odpowiedział.
Znów spojrzała w telefon. On dopił herbatę.
Za oknem padał deszcz — pierwszy jesienny, nie ciepły letni, prawdziwy, zimny, przypominający, że lekkie czasy minęły.
Ilya patrzył na szare smugi na szybie i myślał, jak niewiele trzeba, by złamać coś kruchego. Jeden telefon. Trzy minuty. Cztery cyfry hasła.
I jak długo potem zbierać to z powrotem — po groszu, po słowie.
Olga prowadziła tabelę. On patrzył na jej pochyloną głowę i już nie widział w oszczędnościach nic śmiesznego.