„Tak” – powiedziałem. „I najwyraźniej nie zrozumiałeś, co się z tym wiąże”.
Diane spoglądała to na nas, to na nas, a na jej twarzy malowało się zdziwienie.
„Co jest z tym związane?” zapytała.
Spojrzałem jej w oczy.
„Zastaw.”
To był moment, w którym jej ręka zaczęła się trząść.
Bo nagle przestało mnie interesować, dlaczego wciąż tam jestem.
Pytanie dotyczyło tego, czy któryś z nich faktycznie jest właścicielem domu, w którym mieszkali.
Prawda nie wybuchła od razu. Rozpłynęła się w powietrzu, jak to zwykle bywa z kosztownymi kłamstwami – poprzez dokumenty, wspomnienia i powolny rozpad arogancji.
Dwa lata wcześniej Trevor i ja jeszcze publicznie się nie rozpadaliśmy, choć prywatnie nasze małżeństwo już zaczynało się rozpadać. Mieszkaliśmy w wygodnym, ale zwyczajnym, czteropokojowym domu w Franklin, a Trevor zaczął mieć obsesję na punkcie tego, co nazywał „awansem”. Mówił o tym, jakby życie było drabiną, a metraż się liczył. Jego klienci, deweloperzy, bawili się w większych domach. Jego matka ciągle wygłaszała uwagi na temat tego, jak „mężczyzna w sytuacji Trevora” powinien posiadać nieruchomość pasującą do jego wizerunku. Diane zawsze bardzo dbała o wizerunek. Treść ją nudziła.
Powiedziałem Trevorowi, że wszystko jest w porządku tam, gdzie jesteśmy.