Dom został sprzedany sześć tygodni później chirurgowi przeprowadzającemu się z Atlanty. Z uzyskanej kwoty otrzymałem każdy dolar mojego pierwotnego wkładu plus koszty określone w umowie. Trevor otrzymał to, co pozostało po spłacie kredytu hipotecznego, opłatach i własnych zobowiązaniach. Było to znacznie mniej, niż kiedyś chwalił się, że nieruchomość była warta „dla spuścizny Hale’ów”.
Nie było spuścizny Hale'a.
Tylko bilans.
Kupiłem mniejszy dom dwa miasta dalej, z werandą z moskitierą, jasnym gabinetem i niczym z ambicji Trevora, zamkniętych w murach. Cisza bardziej mi odpowiadała.
Ostatni raz widziałem Diane w kancelarii prawnej zajmującej się zamknięciem sprawy. Wyglądała jakoś starzej, pozbawiona pewności siebie. Zatrzymała się obok mnie na parkingu i zapytała – tym razem nie złośliwie: „Czy wiedziałeś, że to się tak skończy?”
Zastanowiłem się nad tym.
„Nie” – powiedziałem. „Po prostu wiedziałem, że nie pozwolę wam wszystkim wyrzucić mnie z domu, za który zapłaciłem”.
Skinęła głową, tak jak robią to ludzie, gdy prawda dociera do nich za późno, by cokolwiek zmienić.
Następnie wsiadła do samochodu Trevora i odjechali.
Stałem tam jeszcze chwilę, z kluczami w ręku, nie czując triumfu, lecz ulgę.
Ponieważ prawdziwym szokiem tamtego poranka nie było pytanie Diane, dlaczego wciąż tam jestem.
Ona naprawdę wierzyła, że nie mam prawa istnieć.