Mark miał rację w jednej kwestii tamtej nocy w L’Ermitage: król nie mieszka z chłopką. Ale role się tragicznie odwróciły. Był chłopem, który znalazł koronę w błocie i myślał, że urodził się, by ją nosić. Nie zdawał sobie sprawy, że kobieta stojąca w milczeniu obok niego była tą, która ją tam umieściła i tą, która mogła ją odebrać jednym podpisem.
Wchodziłam po schodach prywatnego odrzutowca. Marcus, lot stewardesa, skłonił się nisko. „Witamy ponownie, pani przewodnicząca. Lot do Necker jest gotowy. Szampan schłodzony”.
„Dziękuję, Marcus. Zostawmy to miasto za sobą”.
Gdy samolot wzbił się w powietrze, spojrzałem w dół na rozległą siatkę miasta. Z góry wydawało się takie małe, jak dziecięca zabawka. Świat Marka, jego ego, jego maleńka, pożyczona chwała – wszystko to zniknęło w białej kołdrze chmur.
Kiedyś bałem się, że moje światło będzie dla niego zbyt mocne, że mój sukces sprawi, że poczuje się mały. Teraz zrozumiałem, że niektórzy ludzie są po prostu stworzeni do życia w cieniu.
Usiadłem wygodnie w ręcznie szytym skórzanym fotelu i otworzyłem książkę – nie księgę rachunkową, ale tomik poezji. „Eksperyment Domowy” dobiegł końca. Architekt był w domu. I po raz pierwszy od dwunastu lat królestwo było dokładnie takie, jakie być powinno: spokojne, potężne i całkowicie moje.