Śmiejąc się z kolegą z pracy przed kawiarnią.
„Tak.”
„Patrzyłeś, jak myślałem, że nie żyjesz.”
„Tak.”
„Dlaczego nie wróciłeś po śmierci Evelyn?”
Spojrzał na podłogę. „Bo w końcu byłeś bliski dokończenia tego, co ona zaczęła. Bałem się, że mój powrót za szybko wszystko zepsuje. I” – dodał po chwili – „bo byłem tchórzem, niepewny, czy mnie zechcesz”.
Ta odpowiedź, bo nie była szlachetna, sprawiła, że trochę bardziej mu zaufałem.
Jeśli chodzi o Caeluma, nie było żadnego zgrabnego, romantycznego rozwiązania, bo nie miałem ochoty okłamywać sam siebie po raz drugi. Całkowicie odszedł z rodzinnego biura Virex. Przez jakiś czas pracował w kancelarii restrukturyzacyjnej w San Francisco, a później założył coś mniejszego, skupiając się na reformie zarządzania nieruchomościami hotelarskimi, co brzmi nieznośnie elegancko, ale w rzeczywistości mu odpowiadało. Na początku rozmawialiśmy rzadko. Potem coraz częściej. Były kolacje, podczas których historia siedziała z nami tak widocznie, że równie dobrze moglibyśmy ją zamówić. Był jeden długi spacer wzdłuż wschodniego grzbietu w Ravencrest, gdzie powiedział: „Kiedyś myślałem, że miłość oznacza czuć się innym w ukryciu. Teraz myślę, że oznacza wybierać inaczej publicznie”. Powiedziałem mu, że to była kosztowna lekcja. Odpowiedział: „Płacę”.
Nigdy już nie wróciłem do kobiety, którą byłem z nim przed lobby. Już nie istniała, a wskrzeszenie jej byłoby kolejnym rodzajem nieuczciwości. Ale coś innego, wolniejszego i lepiej poinformowanego, zaczęło w końcu rosnąć na oczyszczonym gruncie. Nie do końca zaufanie. Zaufanie z dowodami, być może. Takie, które wymaga zobaczenia zachowania, zanim nazwiemy je nadzieją.
Pewnego wieczoru, prawie rok po przejęciu, przyszedł do kawiarni Evelyn w Ravencrest tuż przed zamknięciem. Siedziałem za ladą, bo czasami jeszcze tam pracowałem, kiedy chciałem usłyszeć zwyczajne rozmowy i poczuć zapach espresso zamiast polerowanego drewna i papieru kancelaryjnego. Wszedł bez garnituru, tylko w ciemnych dżinsach i swetrze, z włosami wilgotnymi od deszczu, i stanął tam, gdzie zwykle stał w mojej starej kawiarni.
„Co jest najmocniejsze?” zapytał.
Spojrzałam na niego i powiedziałam: „To zależy. Czy zamierzasz się źle zachowywać?”
Uśmiechnął się zmęczony i szczery. „Mam nadzieję, że będzie lepiej”.
Zaparzyłam mu kawę. Wziął filiżankę obiema rękami, jak coś ciepłego, co wymaga opieki, i przez chwilę w pomieszczeniu nie było żadnych duchów, tylko dwoje ludzi na tyle starych, by wiedzieć, co zniszczyli i czego, wbrew sobie, udało im się nie stracić do końca.
W holu klubu nadal jest ta sama marmurowa podłoga. Zachowałam ją. Victor chciał, żeby była polerowana co miesiąc, aż lśniła jak posłuszeństwo. Chciałam, żeby kamień był po prostu na tyle czysty, żeby zdradzał swój wiek. Czasami stoję rano w jej centrum, zanim drzwi się otworzą, tuż nad intarsjowanym krukiem, i myślę o tym, ile pięter kryje w sobie podłoga, o które ludzie po niej nie pytają.
Nazwał mnie śmieciem przy wszystkich.
Nie wiedział, że wszystko, na czym stał, należało do mnie.
Co gorsza, zrozumiał za późno: zawsze do mnie należało.