Rozłączyłam się. Pierwszy raz w życiu.
Siedziałam w kuchni i patrzyłam na garnek z zupą pomidorową, którą ugotowałam dwie godziny wcześniej. Połowę rozlałam do słoiczków dla Zosi i Filipa - miałam im zanieść rano. I pomyślałam: czy ja naprawdę muszę się wstydzić, że noszę wnukom zupę?
Przez następne dwa tygodnie Dariusz pisał. Nie do mnie - do Anety. Że niesprawiedliwość. Że zawsze była ulubienicą. Że mama jej daje więcej, bo ma wnuki, a on jest na drugim planie. Aneta dzwoniła do mnie zapłakana i pytała, czy to prawda, że jej pomagam tylko dlatego, że blisko mieszka. Jakbym musiała mieć powód, żeby gotować obiady własnym wnukom.
Patrycja, jak to Patrycja, próbowała mediować z Wrocławia. "Mamo, może po prostu daj mu te piętnaście tysięcy i będzie spokój." Odpowiedziałam: "Nie mam piętnastu tysięcy i nie o pieniądze tu chodzi."
Bo nie chodziło o pieniądze. Chodziło o to, że mój syn postawił znak równości między miłością a fakturą. Że przeliczył mi na złotówki każdą zupę, którą zaniosłam Zosi, każde popołudnie z kolorowankami, każdy spacer do parku.
Zadzwoniłam do Dariusza w niedzielę, po mszy, kiedy byłam jeszcze spokojna. Powiedziałam mu, że pieniądze z działki to darowizna i podzieliłam je równo co do grosza. Że pomagam Anecie, bo mogę i chcę, i że gdyby mieszkał obok - robiłabym to samo dla jego dzieci.
"Ale nie mieszkam obok" - odpowiedział.
"To nie moja wina, synku. I nie wina Anety."
Milczał. Potem powiedział: "Joanna uważa, że to niesprawiedliwe."
"Joanna nie jest moim dzieckiem. Ty jesteś."
Rozłączył się. Tym razem on.
Minął miesiąc. Na imieniny nie zadzwonił. Na Wszystkich Świętych Dariusz nie przyjechał. Patrycja przyjechała z Wrocławia, Aneta przyszła z dziećmi, ale miejsce obok mnie, gdzie zwykle stał Dariusz, zostało puste.
Zosia postawiła znicz, który sama wybrała - różowy, z aniołkiem. Filip trzymał mnie za rękę i pytał, dlaczego wujek Darek nie przyjechał.
Nie wiedziałam, co powiedzieć. Więc powiedziałam: "Wujek miał daleko, kochanie."
To nawet nie było kłamstwo. Dariusz naprawdę miał daleko. Tylko nie chodzi mi o kilometry.
Czasem w salonie, kiedy czeszę którąś z moich pań i one opowiadają o dzieciach i wnukach, myślę sobie, że rodzina to nie jest podzielnik, przez który przepuszcza się kwoty, godziny i kilometry. Ale jeśli ktoś chce tak liczyć - to zawsze wyjdzie mu za mało.
A ja swoje już oddałam. Po równo.