Gregor pochyla się lekko. „Może powinnaś do kogoś zadzwonić”.
Uśmiechasz się.
„Już mam kogoś na myśli”.
Potem wyjmujesz telefon i wybierasz jedyny numer w Blackwood Holdings, który zawsze odbiera po pierwszym sygnale, niezależnie od pory.
Za trzy odbiera Arthur Pendleton.
„Panie Blackwood?”
Wyraz twarzy Gregory’ego zmienia się, zanim powiesz jeszcze jedno słowo.
To przede wszystkim mówi ci, że wie dokładnie, kim jesteś.
Arthur brzmi na zaniepokojonego, potem ostrożnego, a potem znów zaniepokojonego, gdy przekalkulowuje ryzyko obu. „Proszę pana, czy wszystko w porządku?”
Patrzysz Gregory’emu prosto w oczy.
„Nie” – mówisz. „Nie”.
Następująca po tym cisza jest tak całkowita, że słyszysz, jak lód osiada w pobliskiej szklance.
Gregor blednie.
Nie blady. Biały. Jakby każda kropla krwi napłynęła do środka, by bronić jakiegoś przerażonego organu. W całym pomieszczeniu ciekawość przeradza się w szok. Twój głos się zmienił. Nie ma Jima, spłukanego włóczęgi o zmęczonych ramionach i używanym sztruksie. Na jego miejscu stoi mężczyzna, którego nazwisko widnieje na szczotkowanym mosiądzu nad trzydziestoma siedmioma hotelami, dwunastoma przejęciami biotechnologicznymi i każdą restauracyjną kartą win.
Artur mówi teraz szybko, za szybko. „Proszę pana, jeśli chodzi o obsługę, mogę natychmiast poprosić Gregory’ego, żeby pana ze mną ustawił”.
„Och, Gregory już tu jest” – mówisz. „Stoi metr ode mnie i zastanawia się, czy mnie upokorzyć z powodu rzekomo nieważnej karty”.
Gregory otwiera usta. Zamyka je. Otwiera je ponownie. „Panie Blackwood, nie miałem pojęcia…”
To kłamstwo tak głupie, że aż cię nudzi.
Nie patrzysz na niego. „Arthur, powiedz mi coś. Kiedy zaczęliśmy budować miejsca, w których kelnerka czuje potrzebę ostrzegania biednych gości, żeby uciekali, zanim kierownictwo ich upokorzy?”
W tym momencie Rosemary gwałtownie unosi głowę.
Artur milczy o pół sekundy za długo.
Co wskazuje, że rozumie, że pytanie nie jest retoryczne.
„Proszę pana” – mówi ostrożnie – „nie znam takiego schematu”.
„Więc teraz pan wie”.
Gregor próbuje ponownie, a w jego głosie słychać panikę. „Musi zajść jakieś nieporozumienie. Szczycimy się dyskrecją”.
Wtedy odwracasz się do niego.
„A ty?”
Pomieszczenie wydaje się kurczyć.
Ludzie, którzy pięć minut temu uwielbiali dramat, teraz pragną tylko stać się tapetą. Nawet polityk przy kominku nagle zaczyna fascynować się swoim stekiem. Nikt nie patrzy ci w oczy. Bogate pokoje uwielbiają okrucieństwo, dopóki nie ujawni ono właściciela budynku.
Wyjmujesz złożoną notatkę z kieszeni i wręczasz ją Arthurowi, milcząc przez głośnik, jakby sama kartka mogła przepłynąć przez rozmowę.
„Kelnerka o imieniu Rosemary dała mi to po tym, jak zamówiłam kolację” – mówisz. „Napisane jest: Jeśli nie możesz zapłacić, wyjdź po piwie. Nie czekaj na menedżera. On lubi robić sceny”.
Gregory wydaje z siebie zduszony dźwięk. „To wyrwane z kontekstu”.
Twarz Rosemary rzednie.
Odwracasz się do niej. „Naprawdę?”
Stoi zupełnie nieruchomo.
Widzisz w jej oczach kalkulację. Czynsz. Przesunięcia. Strach. Aluzje. Wszystkie te małe łańcuchy, którymi przykuwa się ludzi pracujących do nieuczciwych pokoi. Ale pod nimi kryje się coś jeszcze. To samo, co skłoniło ją do napisania tej notatki.
Charakter.
„Nie” – mówi cicho. Potem głośniej: „Nie”.
Dźwięk prawdy wpadającej do bogatego pokoju nie jest dramatyczny.
Jest cichy.
Raczej pierwsza rysa w lodzie jeziora.
Artur wzdycha przez telefon. „Panie Blackwood, mogę być za dwadzieścia minut”.
„Nie” – mówisz. „Możesz się przydać w dwadzieścia sekund. Wyciągnij dane z ostatnich sześciu miesięcy rotacji personelu, skargi gości zgłoszone do rozliczeń, zapisy dotyczące wynagrodzeń, nagrania z kamer z dzisiejszego wieczoru i wszystkie premie za wyniki osobiste powiązane z tą lokalizacją. Natychmiast zamroź dostęp Gregory’ego Fincha do systemu”.
Gregor się waha.