Tego popołudnia ktoś zapukał do drzwi.
Moje ręce drżały, gdy przechodziłem przez salon.
Kiedy je otworzyłem, zapomniałem jak się oddycha.
Stał tam – wyższy ode mnie, barczysty, młody mężczyzna, a nie chłopiec. Ale jego oczy… jego oczy były takie same.
Wszedł do środka i objął mnie, zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć.
A potem się załamał.
Rodzaj płaczu, który wynika z lat powstrzymywania się od niego.
Ściskałem go równie mocno, obawiając się, że jeśli rozluźnię uścisk, znów zniknie.
„Myślałem o tobie każdego dnia” – wyszeptał.
Założyłem, że przyjechał z wizytą. Może na weekend. Na kilka godzin.
Potem odsunął się nieco i spojrzał na mnie z takim skupieniem, że poczułam ból w piersi.
„Zawsze będziesz moją ulubioną osobą na świecie” – powiedział cicho. „Tą, którą kocham i szanuję bardziej niż kogokolwiek innego”.
Zanim zdążyłem odpowiedzieć, włożył mi w dłoń coś zimnego i metalicznego.
Zestaw kluczy.
„Mam teraz osiemnaście lat” – wyjaśnił. „Mogę decydować, gdzie mieszkam. I chcę mieszkać z tobą”.
Spojrzałam na niego, próbując zrozumieć.
Uśmiechał się przez łzy.
„Wynająłem nam dom” – powiedział. „Jest winda. Nie ma schodów. Pamiętam, jak ciężko ci było pokonywać te schody”.
Poczułem, że moje kolana słabną.
„Jak ci się to udało?” zapytałem.
Lekko wzruszył ramionami. „Zaoszczędziłem każde kieszonkowe, jakie dawała mi mama. Pieniądze na urodziny. Pieniądze na wakacje. Planowałem to od lat”.
„Przez lata?”
„Zawsze wiedziałem, że wrócę” – powiedział.
To był moment, w którym moje serce, które było złamane przez sześć długich lat, zaczęło się w końcu goić.
Teraz mamy ten jeden cenny rok zanim wyjedzie na studia.