Obraza przy stole
— Słyszeliście o dzisiejszym menu w Lumière? — powiedziała Chloe między kolejnymi kęsami. — Podobno mają deser z musem pokrytym złotem. Muszę to wrzucić na relację. Będzie masa lajków.
— To miejsce ma klasę — dodała Beatrice z zachwytem. — Nie to co… — rozejrzała się po mojej jadalni, zatrzymując wzrok na ręcznie haftowanym obrusie — …domowe, rustykalne klimaty.
— Najważniejsze, że można się najeść — mruknął David.
Chloe nalała sobie sosu do puree ziemniaczanego. Wzięła kęs.
I nagle przestała żuć.
Jej twarz skrzywiła się teatralnie, jakby właśnie spróbowała czegoś obrzydliwego.
— O mój Boże… — wydusiła.
Wypluła jedzenie w serwetkę.
— Co się stało? — zapytała zaniepokojona Beatrice.
— To jest obrzydliwe! — krzyknęła Chloe. — Smakuje jak karma dla psa! I jest strasznie słone! A ten zapach… jak stare skarpety!
Zapach trufli. Składnika wartego setki dolarów za kilogram.
— Spróbuję — powiedziała Beatrice, marszcząc nos. — Och… rzeczywiście dość… intensywne.
— To trufla — powiedziałam spokojnie.
— Trufla? — Chloe roześmiała się pogardliwie. — Jasne. Pewnie tani olejek z supermarketu.
David spojrzał na swój talerz i bez wahania odsunął go.
— Może zamówmy pizzę — powiedział. — Nie chcę się zatruć przed Lumière.
Przy stole wybuchł śmiech.
Wtedy coś we mnie pękło.
Nie był to głośny wybuch. Raczej ciche kliknięcie – jak zamknięcie zamka.
Wstałam.
— Dokąd idziesz? — zapytała Chloe z kpiną. — Płakać?
— Nie — odpowiedziałam spokojnie.
Rozwiązałam fartuch i rzuciłam go na podłogę.
— Idę zadzwonić.
— Do mamy? — zaśmiała się Beatrice.
— Do mojego dyrektora generalnego.