Prosta kobieta, ponad czterdziestoletnia, ubrana w skromny fartuch roboczy. To była ta sama kobieta, która sprzątała dom od kilku miesięcy. Niewiele mówiła. Zrobiła swoje, wzięła miotłę i wiadro i odeszła.
Nikt jej tak naprawdę nie zauważył.
Maria powoli podeszła do Beniamina, który siedział na krześle, a jego wzrok był zagubiony. Pochyliła się do jego poziomu i bez słowa delikatnie pogłaskała go po głowie.
Gest był tak naturalny, tak ciepły, że w sali zapadła cisza.
— Wiem, że cierpisz, kochanie — wyszeptała. — Wiem…
Beniamin zaczął.
Po raz pierwszy od dwóch lat spojrzała na dorosłego bez strachu.
Maria kontynuowała cichym, drżącym głosem: