Sypialnia miała być najszczęśliwszym pomieszczeniem w naszym domu.
Tego ranka o siódmej składałam maleńkie ubranka dla niemowląt na bujanym fotelu, dopasowując miękkie żółte koce do zasłon, które z mężem przez dwa weekendy krzywo wieszaliśmy, zanim w końcu udało nam się je ułożyć.

Ściany pomalowaliśmy na jasnokremowy kolor, ponieważ zależało nam na czymś uspokajającym, czymś, co zapewni ciepło zimą.
Przy tylnej ścianie stało białe łóżeczko, już przygotowane z prześcieradłami zadrukowanymi małymi chmurkami.
Na komodzie stały oprawione zdjęcia z USG, srebrna pozytywka i pluszowy królik, którego teść przysłał z Oregonu z notatką, że każde dziecko zasługuje na staromodnego przyjaciela.
O południu pokój wyglądał, jakby przeszedł przez burzę.