Przez ulewny deszcz, ciężki ryk silnika o dużej mocy przeciął napięcie. Czarny, wzmocniony rządowy SUV z piskiem opon zatrzymał się przed bramą. Ciężkie drzwi otworzyły się i dwóch mężczyzn w ciemnym mundurze taktycznym wyszło na zewnątrz.
Wzrok Bradleya powędrował w ich stronę, a iskierka desperackiej nadziei przemknęła przez jego bladą twarz. Myślał, że przyjechali po mnie. Myślał, że władze przyjechały, żeby aresztować szalonego weterana, który wtargnął na jego posesję.
Dwaj operatorzy pobiegli podjazdem, całkowicie ignorując Bradleya. Zatrzymali się metr ode mnie, stuknęli obcasami i zasalutowali z zachwytem.
„Proszę pana” – powiedział główny operator głosem dźwięcznym z absolutnym szacunkiem. „Generał jest Czekam na lotnisku na twoją ostatnią odprawę. Za trzydzieści minut w górę.
Sześć miesięcy później deszcz w Seattle w końcu ustąpił miejsca rześkiemu, przenikliwemu zimowemu chłodowi. Siedziałem z tyłu rządowego SUV-a, przyciemniane szyby chroniły mnie przed szarym, zachmurzonym niebem. Spojrzałem na panoramę miasta – miasta, które przysięgałem chronić, pełnego ludzi, którzy nigdy nie poznają mojego imienia.
„Zatrzymaj się tutaj” – powiedziałem kierowcy.