„Wykonałem swoją robotę” – odpowiedziałem, a mój głos przebił się przez chaotyczne wrzaski dyrektora operacyjnego i nieustanne buczenie elektroniki.
Uświadomienie sobie tego uderzyło Bradleya niczym fizyczny cios. Złudzenie jego nieśmiertelności legło w gruzach. Z gardłowym rykiem, który brzmiał bardziej jak zranione zwierzę niż potentat technologiczny, rzucił się naprzód, zbiegając po marmurowych schodach w moją stronę, zaciskając dłonie w pięści.
„Zniszczyłeś mnie!” – krzyknął, a jego twarz wykrzywiła się w maskę czystej, nieskażonej furii. „To było pięć lat rozwoju! Pięć lat mojego życia! Nie możesz mi tego zrobić!”
Nie dotarł do ostatniego stopnia.
Dwóch ochroniarzy, którym Bradley płacił za ochronę przed światem, ruszyło z nagłą, gwałtowną skutecznością ludzi, którzy doskonale wiedzą, jak poradzić sobie z zagrożeniem. Zatrzymali Bradleya, chwytając go za ramiona i przyciskając z powrotem do kamiennej balustrady.
„Hej! Zabieraj ode mnie łapy! Zapłacę ci!” wrzasnął Bradley, daremnie walcząc z ich uściskiem.