Wróciłam do mieszkania powoli, jakby każdy stopień schodów był cięższy niż zwykle. W kuchni usiadłam przy stole i dopiero wtedy poczułam, że trzęsą mi się ręce. Nie z zimna, choć od okien ciągnęło jak zawsze. Z wściekłości. I z czegoś gorszego — ze wstydu, że tak długo milczałam, że pozwalałam, żeby sprawa „sama się ułożyła”.
Zadzwoniłam do siostry. Beata wysłuchała mnie bez przerywania. Kiedy skończyłam, westchnęła i powiedziała spokojnie, ale stanowczo:
„Napisz jej konkretnie. Kwota, termin, konsekwencje. Bo inaczej nigdy nie odda”.
To było zdanie, które powinnam była usłyszeć dużo wcześniej. Albo powiedzieć je sama sobie.
Napisałam wiadomość. Uprzejmą, ale już bez tej ostrożności, która wcześniej rozmywała sens. Napisałam jasno, ile pożyczyłam, kiedy i że proszę o zwrot do końca miesiąca. Dodałam też, że jeśli to się nie wydarzy, skonsultuję sprawę z prawnikiem.
Wieśka oddzwoniła jeszcze tego samego wieczoru.
Nie po to, żeby ustalić spłatę.
Krzyczała.
Że ją szantażuję. Że ją straszę. Że jak się dowie ciotka Danuta, to będzie wstyd. Że „tak się nie robi rodzinie”. Że chcę wszystko zniszczyć przez pieniądze.
„Chcesz rozbić rodzinę przez piętnaście tysięcy?” — zapytała tonem, który sugerował, że to ja stoję po złej stronie tej historii.
Nie podniosłam głosu. Mówiłam spokojnie, choć każda sylaba kosztowała mnie wysiłek.
„Wieśka, ja ci pomogłam. Nie prosiłam o odsetki. Nie prosiłam o nic więcej. Proszę tylko o to, co jest moje”.
Rozłączyła się.
Następnego dnia zadzwoniła ciotka Danuta. Mówiła długo. Że szkoda nerwów. Że rodzina jest jedna. Że jakoś to będzie. Że takie rzeczy się zdarzają. Słuchałam w milczeniu. Każde jej zdanie było jak miękka poduszka kładziona na problem, żeby go nie było widać.
Kiedy skończyła, podziękowałam i odłożyłam słuchawkę.
Po raz pierwszy nie poczułam potrzeby, żeby się tłumaczyć.