„Byłem gotów to dziś puścić płazem” – wyznałem, a prawda zabrzmiała w chłodnym powietrzu. „Byłem gotów ponieść stratę. Dla Luke’a. Miałem zamiar podać jedzenie, odpisać je jako prezent i wrócić do domu. Ale ty podszedłeś do mnie, upokorzyłeś mnie przed obcymi i wyrzuciłeś właściciela firmy cateringowej z lokalu. Koniec z organizacją charytatywną, Richard. Wyrzuciłeś mnie. Więc ja wyrzucę jedzenie”.
„Nie możesz tego zrobić!” Richard błagał. Autorytarny ojciec zniknął; przede mną stał zdesperowany, spanikowany mężczyzna, który zdał sobie sprawę, że cała jego pozycja społeczna legnie w gruzach. Zrobił krok w moją stronę, unosząc błagalnie ręce. „Maya, proszę! Tam są senatorowie stanowi! Są inwestorzy dla mojej firmy! Jeśli ich nie nakarmimy, stanę się pośmiewiskiem! Nie mamy nic!”
Sandra płakała, prawdziwe łzy niszczyły jej drogi tusz do rzęs. „Proszę, Maya. Przepraszamy. Wypiszemy czek natychmiast. Tylko przynieś mięso z powrotem”.
Spojrzałam na Sandrę, przypominając sobie uśmieszek na jej twarzy sprzed chwili. Ile ty w ogóle zarabiasz w dzisiejszych czasach?
Uśmiechnęłam się. Był zimny i ostry.
„Słyszałam, że lokalna pizzeria dowozi” – powiedziałam cicho. „Jeśli stać cię na napiwek”.
Dałem znak Marcusowi, który stał przy największej z ciężarówek. Skinął głową. Hydrauliczne podnośniki głośno zawyły, składając i zamykając antrykot, homara termidora, risotto z szafranem i pięciopiętrowe ciasto.
Ciężkie drzwi stodoły znów się otworzyły. Goście wysypywali się na zewnątrz. Już nie szeptali; byli wściekli.
Obserwowałem kobietę w srebrnej, cekinowej sukni – żonę dużego dewelopera – podchodzącą do mojego ojca. Trzymała pusty kryształowy kieliszek do szampana.
„Richard, co się tu, u licha, dzieje?” – zapytała piskliwym, bezlitosnym głosem. „Zajęli stanowiska do krojenia! Mój mąż ma cukrzycę, musi jeść! Czy to jakiś żart?”
„Nie, Helen, to tylko… błąd logistyczny” – wyjąkał Richard, mocno się pocąc i machając rękami w gorączkowej próbie uspokojenia jej. „Załatwiamy sprawę! Tylko lekkie opóźnienie!”