Droga do sądu wydawała się dłuższa niż kiedykolwiek. Budynek był zimny, majestatyczny, a na korytarzach słychać było odgłos kroków. Emil czuł się mały, dłonie miał spocone, a gardło suche.
Kiedy wywołano jego nazwisko, wszedł na salę rozpraw, a serce waliło mu w uszach.
Sędzia Elena Vasilescu stała wyprostowana, poważna, ze spokojnym, ale przenikliwym spojrzeniem. Rozpoznała go natychmiast.
— Panie Popescu — powiedziała, lekko zniżając głos — czy wie pan, dlaczego pan tu jest?
— Nie, pani sędzio — odpowiedział szczerze. — Ale podejrzewam…
Westchnęła cicho i wyjęła zdjęcie z portfela z teczki.
— Wczoraj znalazł pan ten portfel. Był mój.
Emil skinął głową.