Pierwsza jest korporacyjna.
Do rana każdy z twoich menedżerów hotelarskich będzie żył w strachu przed ludzkim gruntem pod ich wskaźnikami. Era błyszczących abstrakcji się skończyła.
Druga jest osobista.
Nie skończyłeś jeszcze z Rosemary Vale.
Część 4
O dziesiątej rano następnego dnia idziesz do Centrum Onkologii św. Katarzyny z papierowym kubkiem okropnej kawy i notesem, w którym niczego nie zapisałeś.
Nie musiałeś sam szukać tego miejsca. Zespół Mary mógł to zrobić. Ochrona mogła wcześniej zatwierdzić wizytę. Asystent mógł zorganizować jakiś nieskazitelny plan działań charytatywnych z kwiatami i gustowną dyskrecją. Ale to jest dokładnie ten rodzaj lakierowanego nonsensu, w którym próbujesz przestać żyć.
Więc sam to sprawdzasz.
Centrum jest małe, przepracowane i czyste, tak jak budynki, kiedy zmęczone kobiety i tak szorują, bo nikt inny tego nie zrobi. Wolontariusz przy recepcji kieruje cię do skrzydła infuzyjnego B, po jednym spojrzeniu na identyfikator gościa na twoim swetrze i drugim na twoją twarz, który wczoraj wieczorem był emitowany na trzech różnych kanałach biznesowych, ponieważ rynki obudziły się z plotkami o rewolucyjnych zmianach w kierownictwie Blackwood Hospitality Group.
Jesteś rozpoznawany częściej niż kiedyś.
To jeden z powodów, dla których nienawidzisz być Jamesonem Blackwoodem w miejscach publicznych. Rozpoznanie to po prostu kolejna forma nieuczciwości. Sprawia, że każdy pokój zaczyna kłamać, zanim jeszcze się pojawisz.
Angela Vale siedzi przy oknie w fotelu, chuda jak zwietrzały papier, owinięta granatowym kardiganem, z kocem na kolanach. Prawie nie ma włosów. Ale oczu nie. To oczy Rosemary, tylko starsze i bystrzejsze, oczy kobiety, która miała za mało czasu i za dużo prawdy.
Rosemary siedzi obok niej w wczorajszym swetrze, śpiąc na plastikowym krześle, z głową niezgrabnie opartą o ścianę.