ntonina zacisnęła usta i milczała. Dawno już wiedziała, że złe słowa nie kończą się na wyjaśnieniach. Kończą się dopiero czynami. Albo wcale.
Następnego dnia wujek Wasil podszedł bliżej. Podniósł głos, tak że cały plac mógł go usłyszeć.
— Skąd bierzecie pieniądze na jedzenie dla dzieci ulicy? Czy to, co zarabiacie, nie wystarcza?
Antonina wzięła miskę i wyprostowała ją. Spojrzała prosto przed siebie.
— Z mojej pracy, Wasilu. Z tej samej pracy, z której ty bierzesz chleb.
Ludzie wokół niej zamilkli. Ktoś kaszlnął. Ktoś kupił ziemniaki. Życie toczyło się dalej.