Chłopcy wciąż przychodzili. Lato, jesień, zima. Antonina wkładała do ich paczek polentę, jajka na twardo, czasem kawałek mięsa. Niewiele, ale ciepłe. Kazała im myć ręce, żeby nie opuszczali szkoły. Nie wiedziała nawet, gdzie się uczą, ale była pewna, że się uczą. Poznała to po sposobie, w jaki mówili.
Pewnej wiosny już się nie pojawiały.
Mijały dni. Tydzień. Dwa.
Antonina ze ściśniętym gardłem patrzyła w stronę końca targu. Powtarzała sobie, że takie jest życie. Dzieci dorastają, odchodzą, gubią się. Ale coś ją bolało.
Po około miesiącu się dowiedziała. Sprzedawca powiedział jej, że piwnica na ulicy Fabricii została zamknięta. Dzieci zabrała opieka społeczna.
Antonina płakała w domu, w ciemności. Potem otarła oczy i następnego dnia poszła na targ. Musiała żyć.
Mijały lata.
Antonina się zestarzała. Odeszła od targu, sprzedawała rzadziej, mniej. Utrzymywała się z małej emerytury i tego, co udało jej się sprzedać z ogródka. Czasami, gotując ziemniaki, myślała o dwóch chudych chłopcach w za dużych ubraniach.
Pewnego jesiennego poranka siedziała na ławce przed domem. Liście były żółte. W powietrzu unosił się zapach dymu.
Dwa lśniące, czarne samochody podjechały przed bramę. Wysiadło z nich dwóch wysokich, dobrze ubranych mężczyzn. Garnitury były proste, ale drogie. Buty czyste. Ich spojrzenie było spokojne.