Antonina wstała, przestraszona.
— Pomyliłeś adres — powiedział cicho.
Jeden z mężczyzn uśmiechnął się. Wyjął z kieszeni dwie stare, zniszczone miedziane monety.
— Nie sądzę.
Antonina oparła się o bramę. Serce biło jej jak wtedy, gdy niosła beczkę z wodą.
— Ion… Mihai…
— To my, ciociu Antonino.
Uścisnęli ją delikatnie, jakby była czymś kruchym. Niewiele wtedy mówili. Wyszli na podwórko, usiedli przy stole. Jedli ziemniaki gotowane z solą, jak za dawnych czasów.
Później jej opowiedzieli.
Dorastali w ośrodku. Uczyli się. Pracowali. Otworzyli piekarnię. Potem kolejną. Teraz mieli więcej. Prosty chleb, dobry chleb, jak za dawnych czasów.
— Nie zapomniałem — powiedział Mihai. Ani dnia.
Zostawili torbę na stole. Antonina nie chciała jej otworzyć.