Wieczorem Andreea zadzwoniła ponownie. I znowu. Wiadomości, drżący głos, obietnice.
„Jestem jej matką… Zasługuję na to, żeby być przy niej… możemy się dzielić…”
Nie chodziło o dziecko. Nigdy o nie chodziło.
Następnego dnia zadzwonił do mnie mój prawnik. Andreea wycofała skargę. Podpisała ugodę, na mocy której zrzeka się wszelkich roszczeń w zamian za milczenie. Nie chciała procesu. On nie chciał pytań. Chciał znowu zniknąć.
Kiedy powiedziałem Anie prawdę, wysłuchała mnie bez płaczu. Skinęła głową i powiedziała tylko:
„Wiedziałam”.
W weekend oboje poszliśmy na cmentarz. Położyłem kwiaty dla Radu i siedziałem w milczeniu. Ana pochyliła się i wyszeptała: