— To zdjęcie zostało zrobione w 1989 roku w Konstancy, w czasie, gdy klub „Albatros” działał w tajemnicy — powiedziała synowa spokojnie, ale stanowczo. Ta kobieta w środku… to ty.
Nikt nie oddychał.
Teściowa zakryła usta dłonią, jakby powietrze uleciało z pokoju. Jej wzrok powędrował w stronę drzwi, potem w stronę syna.
— Kłamiesz… — wyszeptała.
— Nie — kontynuowała synowa. — Dowiedziałam się dwa lata temu. Kiedy na wielkanocnym obiedzie zrobiłeś ze mnie „dziewczynę z niczego”. Wtedy szukałam prawdy. Rozmawiałam z ludźmi, grzebałam w archiwach, zapłaciłam teczce 3000 lei z własnej kieszeni. Wiedziałam, że kiedyś będzie potrzebna.
Jej mąż drżał. — Dlaczego nic nie powiedziałaś?
— Bo nie chodziło o zemstę. Chodziło o szacunek.
Po stole przeszedł szmer. Ciotka wstała, zrobiła zdjęcie i długo się w nie wpatrywała.
— O mój Boże… to naprawdę ona…
Teściowa osunęła się na krzesło. — Zrobiłam, co musiałam, żeby przeżyć! — wybuchnęła. — Byłam biedna, samotna, bez wsparcia!
— Dokładnie — powiedziała synowa. — I zrobiłam, co musiałam, żeby tu dotrzeć. Pracowałam całą noc, siedziałam w biurze do dziesiątej wieczorem, składałam raporty, łykałam obelgi. Żadnych krótkich spódniczek. Żadnych przysług. Tylko praca.
Potem zwróciła się do gości. — Przepraszam, że jestem tego świadkiem. Ale nie pozwolę już dłużej być deptaną we własnym domu.
Zapadła cisza.