Śnieg zaczął padać niespodziewanie, w bezksiężycową noc. Początkowo drobny, niemal nieśmiały, potem coraz częstszy, coraz gęstszy, aż rano miasto obudziło się pod grubą, przytłaczającą warstwą, niczym mokry koc rozrzucony po świecie.
W ciągu dwóch dni drogi stały się nieprzejezdne. Pługi nie dawały już rady. Wysiadł prąd. Sygnał telefoniczny zaczął zanikać. Ludzie utknęli w domach, licząc drewno na opał i ze strachem w żołądku.
Trzeciej nocy rozpoczął się prawdziwy koszmar.