Od trzech lat opłacam wnuczce korepetycje z angielskiego. W zeszłym tygodniu przypadkiem usłyszałam, jak mówi do koleżanki - że babcia jest "trochę naiwna, ale przynajmniej daje kasę na buty"
Stałam na korytarzu z talerzem kanapek i kubkiem kakao, bo Patrycja siedziała u mnie od rana i jeszcze nic nie jadła. Drzwi do pokoju były uchylone - nie na oścież, ale na tyle, żeby słowa przeszły przez szparę jak nóż przez masło.
"Babcia? No wiesz, taka trochę naiwna jest. Ale przynajmniej daje kasę na buty, więc spoko."
Nie weszłam. Odstawiłam talerz na komodę w przedpokoju, bezszelestnie, jakbym kradła we własnym mieszkaniu. Kakao rozlało się trochę na serwetę, tę szydełkową po mamie. Nie wytarłam. Wróciłam do kuchni i usiadłam przy stole, a kolana mi się trzęsły jak po godzinie stania przy taśmie.
Mam na imię Małgorzata. Przez trzydzieści jeden lat pracowałam jako szefowa zmiany w fabryce tworzyw sztucznych pod Płockiem. Wstawałam o czwartej trzydzieści, wracałam o piętnastej, a potem gotowałam obiad, sprzątałam i sprawdzałam Magdzie lekcje.
Magda to moja córka, matka Patrycji. Jedynaczka, bo Staszek, mój mąż, umarł na serce, kiedy Magda miała dwanaście lat, i jakoś potem nie ułożyłam sobie życia z nikim innym.