Patrycja pojawiła się, kiedy Magda miała dwadzieścia cztery lata. Ojciec dziecka, Damian, pracował w Norwegii i obiecywał, że wróci. Nie wrócił. Magda radziła sobie sama - i radzenie sobie wyglądało tak, że ja byłam z Patrycją w dzień, a ona pracowała na dwie zmiany w markecie.
Nie narzekałam. Miałam wnuczkę i miałam cel. Kiedy Patrycja stawiała pierwsze kroki po moim mieszkaniu na osiedlu Podolszyce, myślałam: ta dziewczynka będzie miała wszystko, czego ja nie miałam.
Trzy lata temu Patrycja przyszła do mnie po szkole i powiedziała, że potrzebuje korepetycji z angielskiego. Że w klasie wszyscy chodzą, a ona nie umie nic powiedzieć na lekcjach i nauczycielka ją wyśmiewa. Miała wtedy trzynaście lat, takie wielkie, proszące oczy i kucyk związany gumką z kwiatuszkami. Powiedziałam tak, nawet nie pytając, ile to kosztuje.
Kosztowało sporo. Pani Agnieszka, nauczycielka angielskiego na emeryturze, brała stawkę, która mnie bolała, ale nie mówiłam tego głośno. Odkładałam mniej na rachunki, rezygnowałam z sanatorium, które lekarz polecał mi co rok z powodu kręgosłupa. Na imieninach u siostry Hani w Łodzi piłam herbatę, kiedy inni zamawiali kawę, bo herbata była w cenie obiadu, a kawa nie.
Ale Patrycja się uczyła. Przynosiła czwórki, potem piątki. Na wywiadówce nauczycielka powiedziała Magdzie, że Patrycja robi ogromne postępy. Byłam dumna tak, jakby to ja zdała egzamin. Magda dzwoniła do mnie wieczorami i mówiła: "Mamo, ty jesteś niesamowita, że to ciągniesz", a ja odkładałam słuchawkę z uśmiechem i szłam liczyć, czy starczy mi do pierwszego.
Ostatnio Patrycja przychodziła do mnie rzadziej. Miała szesnaście lat, więc rozumiałam - koleżanki, telefon, ten cały TikTok. Ale przychodziła. Głównie kiedy potrzebowała pieniędzy. Na buty, bo koleżanki noszą takie i takie.
Na wyjście do kina, bo wszyscy idą. Na nowe słuchawki, bo stare się zepsuły - a ja widziałam te stare, leżały na półce, sprawne i całe. Dawałam. Bo co miałam zrobić? Odmówić wnuczce, która mówi "babciu, proooszę" z tym samym spojrzeniem co trzy lata temu?
Magda czasem mówiła: "Mamo, nie rozpieszczaj jej za bardzo." A ja odpowiadałam: "Daj spokój, to dziecko." I Magda dawała spokój, bo sama nie miała czasu ani siły sprawdzać, na co Patrycja wydaje pieniądze.
Były sygnały. Widzę je teraz, jak się oglądam wstecz - jak tabliczki na drodze, które przejeżdżałam, nie czytając. Patrycja przestała mówić "dziękuję". Nie "dziękuję, babciu" - po prostu brała pieniądze, chowała do kieszeni kurtki i mówiła "to ja lecę". Kiedyś zostałaby na obiad, zjadłaby rosół, opowiedziała o szkole. Teraz obiad stygł, a ona pisała SMS-y w przedpokoju, już w butach, już jedną nogą za drzwiami.
Raz zapytałam: "Patrycja, a może w sobotę poszłybyśmy razem do galerii? Mogę ci kupić coś ładnego." Spojrzała na mnie z miną, której nie umiałam odczytać, i powiedziała: "Babciu, ja tam chodzę z dziewczynami. Z babcią to trochę cringe."