Wygnanie w śnieżnej burzy
Dwóch strażników chwyciło ją za ramiona.
Nie dali jej płaszcza. Nie pozwolili zabrać niczego. Wyciągnęli ją z Wielkiej Sali, mijając twarze ludzi, których znała całe życie.
Jej rodzice nie spojrzeli jej w oczy.
Śnieżyca była bezlitosna.
Wiatr rozrywał jej cienką tunikę, a śnieg wgryzał się w skórę jak tysiące lodowych igieł.
Strażnicy doprowadzili ją do zamarzniętego strumienia — granicy terytorium stada.
„Idź” — powiedział jeden z nich cicho.
Drugi popchnął ją w lodowatą wodę.
Gdy wspięła się na drugi brzeg, oni już odchodzili.
Amanda została sama.
Wygnana.
Odrzucona.
Zapomniana.
Biegła przed siebie, choć nie wiedziała dokąd. Po godzinie — a może po całej wieczności — jej nogi odmówiły posłuszeństwa.
Upadła przy czymś twardym.
Drewno.
Stara, zniszczona stodoła.
Resztką sił otworzyła drzwi i wślizgnęła się do środka.
Stara słoma pachniała kurzem i rozkładem, ale była schronieniem.
Zwinęła się w kłębek.
„Więc tak to się kończy” — wyszeptała. „Omega umiera w stodole.”
Zamknęła oczy.
Dziesięć wilków
Najpierw była ciemność.
Potem ciepło.
Amanda powoli odzyskiwała świadomość. Wciąż czuła przenikliwe zimno w kościach, ale wokół niej pojawiło się coś nowego.
Ciepło.
Oddychające.
Żywe.
Otworzyła oczy.
Jej serce niemal zatrzymało się w piersi.
Otaczało ją dziesięć ogromnych wilków.
Nie były to wilki ze Stada Kamiennej Rzeki.
Te były gigantyczne.
Jeden był czarny jak noc.
Inny srebrnoszary i większy od wszystkich.
Jeszcze inny miał futro koloru palonego bursztynu.
Liczyła je gorączkowo.
Dziesięć.
I wszystkie tworzyły wokół niej krąg.
Nie więziły jej.
Chroniły.
Ciepło, które czuła, pochodziło z ich ciał.
Uratowały ją przed zamarznięciem.
Najbliżej niej leżał ogromny biały wilk.
Otworzył oczy.
Nie były żółte ani brązowe.
Były ludzkie.
Niebieskie.
Wilk delikatnie dotknął jej ramienia nosem.
Gest uspokojenia.
Amanda nie rozumiała.
To było niemożliwe.
Zbłąkane wilki nie były łagodne.
Nagle największy z nich — czarny — podniósł się.
Jego ciało zaczęło się zmieniać.
Nie było trzasku łamanych kości ani brutalnej przemiany.
To była płynna transformacja.
W miejscu wilka klęczał teraz mężczyzna.
Był wysoki, potężny, z dzikimi czarnymi włosami i blizną nad okiem.
„Znamy cię, Amando” — powiedział głosem przypominającym grzmot.
„Jak…?”
Mężczyzna uśmiechnął się lekko.
„Nazywam się Caleb. A to jest moja straż.”
Wskazał wilki.
„Jesteśmy Nieskrępowani. I od tysięcy lat podążamy za jedną przepowiednią.”
Nachylił się bliżej.
„I ta przepowiednia zaprowadziła nas do ciebie.”