Tego popołudnia słońce prażyło w Fort Liberty.
Przemierzając wilgotne powietrze, które zdawało się zawsze panować w Karolinie Północnej pod koniec lata, kadeci zebrali się wokół warsztatów zajmujących się bronią.

Ich śmiech, głośny i beztroski, rozbrzmiewał na betonowym placu treningowym.
Byli w trakcie zaawansowanego szkolenia dowódczego, programu mającego na celu przekształcenie pewnych siebie rekrutów w oficerów, którzy myślą, że już wszystko wiedzą.
Wśród nich był młodszy Ethan Ward, typ lidera, który przewodził nie dlatego, że budził szacunek, ale dlatego, że go wymagał.
Jego głos niósł się po boisku, pełen dumy i arogancji, wypełniając przestrzeń, jakby była jego własnością.
Na końcu ławki siedział specjalista Riley Kade.
Wydawało się, że prawie nie zwraca uwagi na hałasy wokół niej.
Jego ręce pracowały rytmicznie i spokojnie.
Z cichą precyzją rozłożyła karabin M110A1 SDMR.
Części karabinu złapały światło, gdy czyściła każdy element naoliwioną szmatką i składała je ponownie w idealnie kontrolowanej kolejności.
Jego ruchy były metodyczne i precyzyjne, takie, które wynikają z pamięci mięśniowej kształtowanej przez powtarzanie, a nie z czytania podręczników.
Niektórzy kadeci zaczęli ją zauważać, szturchając się nawzajem z drwiącymi uśmiechami.
Ward pochylił się nad nią i drwiąco zapytał, czy ona w ogóle wie, co trzyma w rękach.
Śmiech, który rozległ się później, był suchy i beztroski, typowy dla ciszy pełnej niepewności.
Riley nie odpowiedział.