— Rodia, gdzie byłeś? — zapytała surowo.
- Gdzie?
Jadłem kolację!
Potem był koncert.
„Chyba nie mam prawa tam iść?” – odpowiedział krótko.
— Tak, oczywiście… — powiedziała zdezorientowana.
— Poza tym już czuję się lepiej.
— To poleż jeszcze trochę w łóżku! — warknął.
— Lekarz powiedział pięć dni, więc pięć dni!
Tak minęło kilka dni.
Rodion kontynuował swoje „wycieczki”, za każdym razem znajdując nowe preteksty.
Czwartego dnia Galia poczuła się lepiej i postanowiła zejść do jadalni.
— Czy może mi pani powiedzieć, gdzie mogę usiąść? — zwróciła się do kelnerki.
„Czy jesteś krewnym Rodiona?” zapytała, ożywiając się.
— On i jego żona siedzą przy stoliku numer osiem.
Właśnie wyszli.
— Jego żona?... — powtórzyła cicho Galia.
- Tak !
Nadal byliśmy pod wrażeniem, byli tacy słodcy, niczym nowożeńcy!
Galia wszystko rozumiała.
Wróciła do pokoju, najpierw rozpłakała się, potem pomyślała... i obmyśliła plan.
Tego wieczoru, gdy Rodion wrócił, powiedziała:
— Rodia, przyniesiesz mi coś do jedzenia?
„Nie możesz pójść sam?” odpowiedział leniwie.
— Dobrze, dobrze…