I zaprosiła mnie na kawę.
Siedziałam na tej kanapie, piłam rozpuszkę z kubka w kwiatki i słuchałam, jak Halina opowiada o tym, że znalazła fachowca przez córkę, bo "Jola ma znajomego Polaka w Bristolu, a ten ma brata tutaj, no i wyszło taniej". Kiwałam głową. Czekałam, aż powie coś o pieniądzach. O moich pieniądzach.
Nie powiedziała.
Przez tydzień budziłam się w nocy z myślą o tych dwóch tysiącach. To nie była kwestia sumy - choć suma nie była mała - ale kwestia czegoś, czego nie umiałam nazwać. Czułam się tak, jakby ktoś wyciął kawałek z podłogi, po której chodziłam od lat, i zostawił dziurę.
Powiedziałam Leszkowi. Wzruszył ramionami. "Przypomnij jej."
Łatwo powiedzieć.
Spotkałam Halinę na klatce dwa dni później. Niosła siatkę z Biedronki. Uśmiechnęła się jak zawsze.
"Halina" - zaczęłam. Głos mi się trochę załamał, więc odchrząknęłam. "Pamiętasz, że pożyczyłam ci w listopadzie? Te dwa tysiące na prąd?"
Jej twarz zmieniła się w ułamku sekundy. Nie w złość - w coś gorszego. W taki wyraz, jakby ja powiedziała coś niestosownego. Jakby mówiąc o pieniądzach, złamałam jakąś regułę.
"Małgośka, no przecież pamiętam" - powiedziała powoli. "Ale teraz nie mam, bo widzisz, ile mnie te remonty kosztowały. Jak będę miała, to oddam. Chyba mi wierzysz?"
I poszła. Z siatką z Biedronki w jednej ręce i moimi dwoma tysiącami w drugiej - niewidzialnej.
Zaczęłam ją unikać. Wychodziłam rano wcześniej, wracałam później. Kiedy słyszałam jej kroki na klatce, czekałam za drzwiami, aż przejdzie. Głupie? Pewnie tak. Ale nie umiałam na nią patrzeć bez tego uczucia w żołądku - mieszaniny złości i wstydu. Złość - bo mnie olała. Wstyd - bo pozwoliłam się olać.
W kwietniu córka Haliny przyjechała z Anglii na tydzień. Widziałam ją na podwórku - ładna, opalona, z walizkami na kółkach. Halina chodziła po klatce jak paw. "Jola przywiozła mi perfumy z Harrodsa" - powiedziała sąsiadce z drugiego piętra, na tyle głośno, żebym usłyszała na swoim trzecim.
Pewnego wieczoru ktoś zapukał. Otworzyłam. Stała Jola - córka Haliny. Blondynka po czterdziestce, z oczami matki, ale z czymś innym w twarzy. Zmęczeniem, może. Albo uczciwością.