Syn namówił mnie, żebym dopisała go do aktu własności mieszkania. Na wszelki wypadek, gdyby coś mi się stało.
Ludzie mówili, że mam szczęście. Że syn taki opiekuńczy, taki blisko. Że co tydzień przyjeżdża, zakupy przywiezie, kran naprawi, do lekarza zawiezie.
Sąsiadka z parteru, pani Henia, powtarzała przy każdym spotkaniu na klatce: "Jadwiga, ty to masz syna na złoto." I ja też tak myślałam. Aż do tego wtorku, kiedy listonosz przyniósł pismo z banku, w którym nigdy nie miałam konta.