Nie patrzył mi w oczy. Kręcił obrączkę na palcu, jak Tadek, kiedy coś ukrywał. I wtedy nagle zobaczyłam to, czego nie chciałam widzieć. Ten sam gest. Ten sam sposób unikania.
Tadek też potrafił mówić "spokojnie, wszystko pod kontrolą", a potem wychodziło, że pożyczył pieniądze bratu bez mojej wiedzy. Że podpisał poręczenie wekslowe koledze. Że obiecał działkę szwagrowi i nawet nie wspomniał.
Michał nie był opiekuńczy. Michał był jak Tadek. Robiący rzeczy za plecami, bo był pewien, że wie lepiej.
"Ile wziąłeś?" - zapytałam.
"Sto pięćdziesiąt tysięcy."
Zamknęłam oczy. W sklepie z pasmanteriami na Wildzie, tym, w którym stałam za ladą od dwudziestu pięciu lat, robiłam w najlepszym miesiącu tyle, ile on właśnie postawił na jednym podpisie.
"Chcę, żebyś oddał mi ten udział" - powiedziałam.
"Mamo, nie mogę. Jest hipoteka. Dopóki nie spłacę..."
"To spłać."
Wstał. Stał nade mną, duży, szeroki w ramionach, i przez sekundę pomyślałam, że mi się sprzeciwi. Ale tylko kiwnął głową i wyszedł.
To było osiem miesięcy temu. Michał spłaca raty - przynajmniej tak mówi. Nie sprawdzam, bo pani mecenas Woźniak złożyła w moim imieniu wniosek o zniesienie współwłasności. Sprawa jest w sądzie. Michał się zgodził na odkupienie jego udziału przeze mnie, ale pieniądze muszę wziąć ze sprzedaży sklepu. Tego sklepu, który prowadziłam pół życia.
Sąsiadka z parteru nadal mówi, że mam syna na złoto. Nie prostowałam. Nie tłumaczyłam. Uśmiecham się i mówię "tak, na złoto", bo co innego mogę powiedzieć. Że mój syn zamienił moją starość w akt notarialny i ratę kredytową?
Sklep z pasmanteriami zamykam w przyszłym miesiącu. Trzydzieści lat guzików, koronek i zamków błyskawicznych - za prawo do spania w swoim własnym łóżku. Czasem wieczorem siadam w kuchni, w tym samym miejscu, gdzie Michał jadł moje placki i mówił o "zabezpieczeniu", i myślę o jednym. Że to nie bank jest wrogiem. Nie przepisy, nie notariusz. Wróg siedział przy moim stole, jadł mój rosół i nazywał mnie "mamo".
A ja mu nalewałam dokładkę.