To wzbudza w niej jeszcze większe podejrzenia, co jest słuszne.
„Czego chcesz?”
Myślisz o tym, żeby powiedzieć to płynnie. Z korporacyjną elegancją. Ale cały problem z twoim życiem polega na tym, że zbyt wiele rzeczy przychodzi wypolerowane i martwe. Więc mówisz prawdę.
„Chcę wiedzieć, dlaczego poszłaś do szkoły pielęgniarskiej.”
Mruga.
Usta Angeli lekko się wyginają, jakby właśnie dostała dowód, że miliarder w swetrze może być człowiekiem.
Rosemary krzyżuje ramiona. „To dziwne pytanie”.
„Mam dziwny tydzień”.
Spogląda w dół. Znów w górę. „Bo byłam w tym dobra. Bo lubiłam sprawiać, że przestraszeni ludzie czuli się mniej samotni. Bo mój brat, kiedy miał dziewięć lat, spał przy zapalonym świetle na korytarzu, a kiedy zachorował na zapalenie płuc, pielęgniarka, która została dziesięć minut dłużej i rozmawiała z nim, jakby nie był głupi, uświadomiła mi, że bycie kompetentnym i jednocześnie miłym to prawie jak supermoc”.
Słuchasz bez ruchu.
„Potem mama zachorowała” – kontynuuje. „Czesne się skończyło. Ubezpieczenie się skomplikowało. Prawdziwe życie wygrało”.
Ostatnie trzy słowa wypowiedziane są bez goryczy. To może uderzyć cię najmocniej. Nie jest dramatyczna. Nie prosi o ratunek. Po prostu relacjonuje kształt grawitacji, jaki napotkała.
Wyrywasz kartkę z notesu i piszesz na niej liczbę.
Potem kolejną.
Potem kolejną.
„Co to jest?” pyta.
„Twoje szacunkowe czesne za ostatni semestr” – mówisz, stukając w pierwszą linijkę. „Koszty leczenia twojej matki w kolejnej fazie po prognozach luki w ubezpieczeniu, jeśli ubezpieczenie zdrowotne pracowników Blackwood zostanie wstecznie podwyższone o pokrycie kosztów katastroficznych dla rodziny, co nastąpi”. Stukasz w drugą linijkę. „I pensja za pełnoetatowe stanowisko łącznika ds. etyki operacyjnej, które tworzę w Blackwood Hospitality, podczas gdy ty kończysz studia”.
Żadna z kobiet się nie odzywa.
Kontynuujesz.